
Bł. ks. Władysław Miegoń (1)
Ojciec Święty Jan Paweł II, 13 czerwca 1999 r., powiedział w Radzyminie: „Wiecie, że urodziłem się w roku 1920, w maju, w tym czasie, kiedy bolszewicy szli na Warszawę. I dlatego noszę w sobie od urodzenia wielki dług w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za to swoim życiem. Tutaj, na tym cmentarzu, spoczywają ich doczesne szczątki. Przybywam tu z wielką wdzięcznością, jak gdyby spłacając dług za to, co od nich otrzymałem.” W tym samym dniu, przed katedrą nowo utworzonej diecezji warszawsko–praskiej, mówił o „Cudzie nad Wisłą: „Było to wielkie zwycięstwo wojsk polskich, tak wielkie, że nie dało się go wytłumaczyć w sposób czysto naturalny i dlatego zostało nazwane „Cudem nad Wisłą”. To zwycięstwo było poprzedzone żarliwą modlitwą narodową. Episkopat Polski, zebrany na Jasnej Górze, poświęcił cały naród Najświętszemu Sercu Jezusa i oddał go pod opiekę Maryi Królowej Polski. Myśl nasza kieruje się dzisiaj ku tym wszystkim, którzy pod Radzyminem i w wielu innych miejscach tej historycznej bitwy oddali swoje życie, broniąc Ojczyzny i jej zagrożonej wolności”. Dwa miesiące później, w Castel Gandolfo, jeszcze raz powrócił do tego wydarzenia: „Zawsze myślę, co by było, gdyby nie było tego Radzymina, tego Cudu nad Wisłą. Jest głęboko to wydarzenie, ten dzień wpisany w moją historię osobistą, w historię nas wszystkich. Wy jesteście młodsi, ale wasze życie znajduje się na przedłużeniu tamtego dwudziestego roku, tamtego Cudu nad Wisłą, tamtego Radzymina.” Po II wojnie światowej milczano o wojnie polsko – bolszewickiej z 1920 r., podobnie jak o Katyniu, czy inwazji sowieckiej na Polskę z 17 września 1939 roku. Dziś, po prawie 90 latach, ktokolwiek myśli o dziejach Europy i świata, może zauważyć, jak ważna była to wojna, jak brzemienne w skutkach było zwycięstwo nad Armią Czerwoną. Jeśli popatrzeć całościowo i z wiarą na XX wiek, to widać olbrzymi poligon, gdzie czerwone, później brunatne (nazistowskie), a potem znów czerwone zastępy szatana, chciały zniszczyć dobro. Po drugiej stronie widzimy Niepokalaną w Fatimie i tych wszystkich, którzy czy to z różańcem, czy z karabinem przeciwstawiali się złu. Ktoś powie, że to swoista kanonizacja polskich sił zbrojnych. To nieprawda. Nikt nie twierdzi, że polska armia to byli aniołowie z orzełkami na czapkach. Prawdą jest jednak, że zatrzymali oni pochód systemowego zła, ustroju jawnie walczącego z Bogiem.
Jednym z bohaterów tamtego czasu był błogosławiony ksiądz Władysław Miegoń, kapelan Pułku Morskiego. Urodził się 30 września 1892 r., w Samborcu na Sandomierszczyźnie, jako najstarszy z ośmiorga dzieci. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1915 r., w czasie trwania I wojny światowej. W ciągu czterech pierwszych lat swojej kapłańskiej posługi, ksiądz Władysław „zaliczył” aż pięć parafii, a to dlatego, że wszędzie gdzie był, swoim patriotyzmem narażał się władzom zaborczym. Ten silny patriotyzm wyniósł z domu rodzinnego, gdzie żywa była pamięć Powstania Styczniowego z 1863 roku. Kiedy powstawało niepodległe państwo polskie, ks. Miegoń odczytał swoje powołanie jako służbę w Marynarce Wojennej. Już w listopadzie 1918 r. poprosił pierwszy raz o przeniesienie na stanowisko kapelana do marynarki. Wtedy jednak biskup nie zgodził się, z powodu braku kapłanów w diecezji sandomierskiej. Dopiero w 1919 r. otrzymał wymarzone przeniesienie. 1 grudnia tego roku rozpoczął służbę wojskową jako kapelan i otrzymał związany z tą funkcją stopień kapitana. Ks. Władysław otrzymał przydział służbowy do I Batalionu Morskiego. Posługa nowego kapelana nie była wcale łatwa. W składzie batalionu, obok oficerów wykształconych w akademiach Petersburga, Odessy i Wiednia oraz marynarzy wywodzących się z trzech flot byłych państw zaborczych, znajdowali się poborowi z różnych stron Polski, co powodowało różne nieformalne podziały. Innym problemem był niski poziom znajomości polskich tradycji u większości marynarzy. Ksiądz Miegoń zajął się nie tylko typową pracą duszpasterską, ale także działalnością oświatową i krzewieniem patriotyzmu wśród marynarzy. W lutym 1920 r. Ksiądz kapelan przeżył wzruszającą uroczystość symbolicznych „zaślubin” Polski z morzem i od tego czasu jego działalność duszpasterska była związana z Puckiem, bazą polskiej Marynarki Wojennej. W lipcu 1920 r. rozpoczęła się sowiecka ofensywa, której celem, jak wyraził się w swoim rozkazie Michaił Tuchaczewski, było zajęcie Warszawy, a następnie „po trupie Polski” przeniesienie pochodni rewolucji na Zachód. Rosjanie nie atakowali od morza, skąd więc marynarze znaleźli się na froncie wojny z bolszewikami? W narodzie polskim była bardzo mocna świadomość zagrożenia dopiero co odzyskanej niepodległości. Nie dziwi więc, że i marynarze znaleźli się na lądzie w pierwszej linii walki z najeźdźcami. W Toruniu, z inicjatywy marynarzy, na mocy decyzji ministra Spraw Wojskowych utworzył się tak zwany I pułk morski, jako piechota, w skład którego weszli częściowo marynarze z I batalionu morskiego, częściowo ochotnicy. Ks. Miegoń został kapelanem tego pułku i wyruszył z nim na front pod Ostrołękę. W swoich wspomnieniach tak pisze o pierwszym dniu na froncie: „Serca nasze były przepełnione zapałem i wolą zwyciężenia wroga. Po przybyciu pociągiem na stację Ostrołęka, otrzymaliśmy alarmującą wiadomość, że bolszewicy są tuż. Poszczególne kompanie natychmiast się formują. Krótko do nich przemawiam – po czym odmawiają spowiedź powszechną – udzielam im absolucji i ruszają w bój. Nie upływa 15 minut – salwy karabinowe rozdzierają powietrze. Strzelanina trwa z pół godziny, potem cisza. Zaciekawiony ruszam na front i tu z rozgorączkowanymi twarzami opowiadają mi żołnierze o pierwszej potyczce i odparciu kozaków. Po chwili podchodzi do naszej grupki dowódca i proponuje: kto idzie na ochotnika na zwiad. Zgłasza się jeden podoficer i żołnierz – „Mało”. W młodym żołnierzu jeszcze wiele lęku... Wobec tego trzeba dać przykład. – „Ja idę!” Podpędził porucznik jeszcze ośmiu, mówiąc: „to ksiądz idzie, a wy się boicie!?” Ksiądz Miegoń oddał swoje życie w innej wojnie. Umarł zamęczony przez Niemców w Dachau, jako więzień numer 21223. Chociaż język i mundury były różne od tych z 1920 r., to i oni służyli złu, które tak bardzo rozpanoszyło się w XX wieku. Złożył swe życie na ołtarzu walki o dobro. Dzięki niemu i innym bohaterom, my dziś żyjemy w wolnym kraju. Nasze życie, jak powiedział Ojciec Święty Jan Paweł II, znajduje się na przedłużeniu tamtego dwudziestego roku, tamtego Cudu nad Wisłą, tamtego Radzymina. ciąg dalszy nastąpi oprac. RJS (Opracowano na podstawie książki Dariusza Nawrota i Romana Rychtera: „Ksiądz Władysław Miegoń. Serca nasze były przepełnione zapałem”, Wyd. Bernardinum, Gdynia 2006; Zdjęcia pochodzą z tejże pozycji.)

